Kochać siebie - jak to łatwo powiedzieć

 

Co właściwie znaczy "kochać siebie"?

To ciekawe, że zazwyczaj określenie to przywołuje szereg negatywnych skojarzeń. Z reguły błędnie kojarzone jest z samouwielbieniem, egoizmem czy egocentryzmem. Nie bez znaczenie wydaje się i kulturowy kontekst bo przecież nie jeden Polak przyzna, że to tak nieskromnie jest dobrze myśleć i mówić o sobie.  Nic bardziej mylnego. Miłość własna stanowi fundament budowania zdrowych, dojrzałych emocjonalnych związków z innymi ludźmi. Miłość jaką jesteśmy w stanie obdarzyć drugą osobę wynika z miłości, jaką mamy wobec samych siebie. Musimy umieć kochać siebie by móc kochać innych. W tym świetle powszechnie znane „Kochaj bliźniego swego jak siebie samego” zaczyna mieć sens. Brak miłości własnej będzie po cichu, w białych rękawiczkach sabotował nasze relacje z bliskimi, nasze związki miłosne, relacje z dziećmi, przyjaciółmi itd. Innymi słowy będzie destrukcyjnie wpływał na nasze  relacje z otoczeniem. To jakby próbować iść naprzód mając jedną nogę krótszą. Po jakimś czasie orientujemy się, że zataczamy okrąg i wracamy do punktu wyjścia. Stąd też budowanie relacji z innymi należy zacząć od samego siebie, zbudowania relacji ze sobą, to tam, w nas znajduje się kamień węgielny wszystkich relacji. 

 

Jak brak miłości do siebie wpływa na nasze życie?
By zrozumieć jak brak miłości wpływa na nasze życie należałoby w pierwszej kolejności spróbować zrozumieć czym w ogóle jest „miłość własna”. Może ona rodzić różne skojarzenia, sama nazwa jest już dość patetyczna i nachalna. Trudno się więc dziwić, że wielu osobom w pierwszym odruchu przychodzi do głowy obraz zakochanego w sobie narcyza, który nie dostrzega wokół siebie nikogo, prócz czubka własnego nosa. Spróbujmy więc urealnić pojęcie, o którym tu mowa. Kochanie siebie przejawia się w tym w jaki sposób traktujemy siebie, co o sobie myślimy, w jaki sposób o siebie dbamy. Jego podstawą jest szacunek do siebie: do swoich uczuć, potrzeb, swoich granic. Umiejętność widzenia siebie jako posiadających unikalną wartość, zasługujących na wszystko to, co dobrego niesie ze sobą życie. Człowiek, który kocha siebie jest dla siebie życzliwy, łagodny, jest sobie przychylny. Ma zaufanie do własnych możliwości. Potrafi pochwalić samego siebie, pocieszyć, sprawić przyjemność. Miłość przebacza, w tym przypadku również sobie. Nie katuje się porażkami, tylko dodaje otuchy i wiary dających siłę do podejmowania kolejnych prób. Długo jeszcze można wymieniać. Jednym słowem: miłość buduje nas samych i nasze związki. Co więc się dzieje gdy jej brak? 
Deficyty w jej zakresie mają wiele twarzy. Niektórzy wchodzą w związki w poszukiwaniu zewnętrznego potwierdzenia ich wartości, w oczekiwaniu, że ktoś podbije pieczątkę na dokumencie potwierdzającym, że są godni miłości. Często jednak po latach związku okazuje się, że żaden dowód ze strony partnera nie jest wystarczający lub szybko traci znaczenie i potrzebne są kolejne. Jak w studni bez dna. W rezultacie oboje cierpią. Dla partnera niemożność uszczęśliwienia drugiej połówki jest bowiem nie mniej frustrująca. 
U innych natomiast decydującą role odgrywać może brak szacunku do samych siebie. Trudno jest takim osobom oczekiwać, szacunku ze strony innych w sytuacji gdy sami siebie nie szanują. To w jaki sposób traktujemy siebie, komunikujemy nieświadomie otoczeniu, tym samym niechcący prowokując je do tego by być przez nie traktowanym zgodnie z własnym schematem. To tak jakbyśmy stali w deszczu wśród połamanych przez samych siebie parasoli, w oczekiwaniu, że ktoś pożyczy nam własnego. Nikt tego nie zrobi sądząc, że wolimy moknąć.
Brak miłości do siebie często też przejawia się w trudności w stawianiu granic. To bomba z opóźnionym zapłonem. Ulegamy, pozwalamy innym naruszać nasze granice, często w przekonaniu, że robimy to w imię miłości. Po latach sporadyczny dyskomfort przeradza się w rutynę, a tłumiona złość i frustracja znajduje ujście w depresji.
Każdy z pewnością nie raz spotkał się w życiu także z ludźmi pełnymi zazdrości, braku życzliwości. Złośliwych malkontentów, którzy najchętniej hejtowaliby wszystko to, co się wokół nich dzieje. Trudno jest zdobyć się na uznanie dla innych czy serdeczność w sytuacji gdy nie potrafią zrobić tego nawet w stosunku do samych siebie. Ubrani w pozory zarozumiałości i wyniosłości, pod spodem skrywają często niewiarę czy nawet nienawiść do samych siebie.
Pamiętajmy jednak, że od tego jaki mamy stosunek do siebie nie zależy tylko jakość naszych związków partnerskich, przyjacielskich ale także, a może przede wszystkim jakość relacji z naszymi dziećmi. Dzieci kształtują się na zasadzie modelowania tj. uczenia się przez obserwację. Dzieci nabierają poczucia wartości, szacunku, odpowiedzialności nie tylko przez to jak są traktowane przez rodziców, ale i obserwując rodziców jacy są w stosunku do samych siebie. I choć najczęściej robią to nieświadomie są bardzo bacznymi obserwatorami.

 

Skąd się bierze to poczucie, czy jego brak?

Niezaprzeczalnie stosunek nas do nas samych ma swoje pierwotne źródło w dzieciństwie i wczesnych relacjach z rodzicami / opiekunami. Już wtedy kształtuje się zalążek tego, co w przyszłości nazwiemy poczuciem wartości, godności czy szacunku do samego siebie. Badania wskazują, że kluczowym okresem dla rozwoju struktury osobowości są wręcz pierwsze trzy lat życia dziecka. Nie oznacza to, że późniejszy okres jest mniej istotny. Pokazuje to jednak jak stosunek rodzica do dziecka ma istotny wpływ na rozwój jego osobowości, charakteru i że wpływ ten jest rejestrowany już od pierwszych godzin życia dziecka. 

 

 

Jak pokochać siebie, gdy nie wynieśliśmy miłości do siebie z domu? Czy jest możliwe pokochać siebie gdy jesteśmy już dorośli?
Miłości do siebie, czy nazwijmy to układania się ze samym sobą uczymy się wszyscy przez całe życie. To nie jest tak, że ci, którzy wychodzą z „trudnych domów” są do końca życia obciążeni deficytami uniemożliwiającymi szczęśliwe życie. Prawdą jest natomiast, że „baza” jaką wynosimy z domu w bardzo dużym stopniu determinuje nasze relacje w przyszłości, może im sprzyjać lub wręcz przeciwnie. Wiele jednak zależy od nas samych, naszej refleksyjności, potrzeby poznania siebie i zrozumienia. Jest to natomiast możliwe tylko w kontekście drugiego człowieka. Paradoksalnie inni ludzie są nam potrzebni byśmy mogli być bliżej siebie samych, lepiej siebie poznać. 
Błędna byłaby też interpretacja, że dopóki my nie pokochamy siebie, nikt inny nas nie pokocha. Często jest bowiem tak, że miłość, zaufanie, akceptacja czy choćby serdeczność dana nam od kogoś z zewnątrz może stanowić sposobność do tego by w poczuciu bezpieczeństwa przyglądnąć się samemu sobie i próbować podjąć pracę nad sobą. Taka postawa zapobiega „uwieszeniu” się na innych w oczekiwaniu, że tylko oni będą niewyczerpanym źródłem miłości. 
Błędna byłaby też interpretacja typu: jestem jaki jestem i wszyscy mnie takiego kochajcie. Miłość własna zakłada rozwój, progres, przełamywanie swoich ograniczeń, stawanie się lepszym dla siebie, ale i dla innych. Do tego potrzebna jest szczerość wobec samego siebie, a dalej za tym wysiłek jaki trzeba włożyć w pracę nad sobą. Dojrzale kochać siebie to zatem coś trudniejszego niż oczekiwać bezwarunkowej akceptacji w przekonaniu o swojej doskonałości. Dojrzale kochać to także wymagać od siebie. Czyż kochający rodzic nie stawia wymagań swojemu dziecku właśnie po to by w przyszłości było jego dziecku łatwiej? By wyrósł na pewnego siebie, wartościowego, odpowiedzialnego człowieka. Rodzic stawia dziecku wymagania z miłości do niego bo nie jest mu ono obojętne, bo mu na nim zależy. Podobnie jest z nami samymi. 

 

 

                                                                                            Anna Pyla-Mazur
                                                                       specjalista psycholog kliniczny, psychoterapeuta


 

 

01 marca 2017

      Anna Pyla-Mazur

        Psycholog

        Psychoterapeuta

 

 

 

Gabinet psychoterapii                                   +48 604 400 735

Pl.Jana Matejki 9/9                                          anna.pyla@gmail.com

Kraków 31-157